• drogamesjanska

Tylko Bogu chwała – świadectwo Ireny




„Jeśli Bóg z nami, to któż przeciwko nam?” Rz 8:31 Wiele razy słyszałam „Irena napisz książkę”, ale ja na to, że nie potrafię, a zresztą jak mi Pan

to położy na sercu to dopiero pomyślę o tym… Myślę, że nadszedł ku temu czas, aby dać świadectwo prawdzie, że nasz Stwórca i Odkupiciel żyje i tak samo jak przez całe wieki działał, tak dzisiaj działa w życiu ludzi, a szczególnie tych, którzy go szukają. Dokładnie 8 lat temu, gdy ze strasznymi bólami trafiłam na oddział onkologii, po przebytych badaniach usłyszałam: „ma pani dwa raki i to różne”. Z wypisu odczytuję: „rak piersi prawej i szpiczak mnogi plazmocytowy IgA kappa ISS1. /ostatnie jego stadium/". Jeszcze nie wiem

co to dla mnie znaczy, ale jedno co mam to nadzieja, że w końcu po półrocznych poszukiwaniach mam diagnozę i teraz się za „to” wezmą. Już wiedzą, że nastąpiły samoistne złamania kręgów, że są przepukliny międzykręgowe, dyskopatia i cała masa zmian. Lekarz prowadzący zdaje się wiedzieć jak bolą okropnie kości, których ból momentami mogłabym porównać do wwiercania mi się bez znieczulenia w kości. Nie ma pozycji, ani w leżeniu, ani w siedzeniu, która by dawała ulgę w bólu. Kiedy nie byłam w stanie wstać z łóżka by mnie zawieźli na prześwietlenia, to podali mi dwa razy morfinę. Wprawdzie ból ustał, ale ja byłam niesamowicie słaba, otumaniona i apatyczna. Wtedy postanowiłam, że już tego nie przyjmę, bo ja chciałam do końca moich dni wielbić mojego ukochanego Pana Jezusa i choć w myślach z Nim rozmawiać. Wypisana 25 października 2013 roku do domu z już ustaloną datą do usunięcia piersi w listopadzie tegoż roku. Po usunięciu piersi (z 9 węzłami) stale ropiejąca rana nie chciała się zagoić. Mimo wszystko po trzech i pół tygodniach wracam do domu z 10 cm odcinkiem „paskudzącej się” rany. Boże co robić? pomóż mi proszę! Wtedy przypomina mi się, że gdzieś powinna być resztka ziół szwedzkich. Lata temu stosowane na różne dolegliwości moje, rodziny, znajomych i klientów sklepu, w którym pracowałam. Proszę męża o poszukanie ich. Znalazł, ale mętne i nie chce mi ich przykładać. Ja jednak błagam by mi to przykładał, bo nie mam nic innego w zamian. W końcu, po tygodniu, rana się oczyściła z ropy i zagoiła. Chwała Bogu, że mi o nich przypomniał. Następna wizyta i już dostaję chemię w tabletkach i Deksametazon w ilości 20 tabletek przez 4 dni z czterema dniami przerwy, oprócz innych leków. Tutaj zaczynają się problemy, bo trudno mi znieść taką dawkę sterydu. Błagam lekarzy o zmniejszenie, ale słyszę, że z tego zaledwie parę procent działa, a stan zapalny w organizmie jest taki duży, że nic innego na to nie mają. W styczniu dowiaduję się, że czekają na hematologów z Krakowa i z Katowic, aby mi ustalili chemię na szpiczaka. W końcu w lutym dostaję jedną dawkę – jest nadzieja. Ale niestety po drugiej chemii zgasła. Lekarz prowadzący rozkłada ręce i mówi mi, że przykro mu, ale chemia nie działa, a oni nic innego dla mnie nie mają. Wychodzę z budynku staję i spoglądając w niebo, mówię: „Panie, oni nie mogą mi pomóc, ale Ty stwarzając ten świat wiedziałeś, że będą raki i na pewno masz odpowiedź na nie w Swojej – Bożej aptece /Słowo Boże mówi, że stworzył zioła na użytek człowieka - Ps 104:14 BG/. Pokaż mi, proszę, co mam wziąć”. Po tej modlitwie cały czas moje myśli krążą około pokrzywy, którą kiedyś rwałam i cięłam dla młodych kaczek, gęsi, kurcząt, aby nie chorowały. Proszę zatem męża, aby poszedł zobaczyć, czy już nie odrosła, bo jest połowa kwietnia. Przyniósł mi 5 cm odrosty i zrobił z nich miseczkę surówki z dodatkiem rzodkiewki i sałaty. Tak było codziennie przez ponad 2 tygodnie. Następne badanie i wyniki, na widok których lekarz wstaje z miejsca i pyta mnie, co kombinowałam, bo nastąpił sześciokrotny spadek komórek rakowych! Boże, co za radość!!! Teraz stosuję to każdego dnia, ale coraz gorzej czuje się moja wątroba i nerki. Modlę się o mądrość jak im pomóc, by to wszystko wytrzymać. Ale znowu Bóg przypomina mi jak w młodości chorowałam na nerki, i że brałam Fitolizynę, a na wątrobę swego czasu ostropest plamisty. Włączam to zatem do mojej diety i trochę lepiej… Niestety dopada mnie wirus grypy, a ponieważ żaden z antybiotyków nie zadziałał, dostaję się do szpitala miejskiego. W tym czasie jednak już jestem silniejsza, a położono mnie na 10 osobowej sali, gdzie są dwie osoby całkowicie leżące i wymagające prostej pomocy, więc staram się reagować, bo wiem jak to jest. Moja Biblia, z której stale czytam, i która leży na widocznym miejscu, nie pozwala mi na obojętność. Kiedy przyszedł 11 dzień mojego pobytu, w czasie obchodu lekarzy zwraca się do mnie ordynator i mówi: „a u pani z tymi dwoma rakami to nic nie działa”. Po ich wyjściu, kiedy wracam z ubikacji, widzę kilka kobiet przy jednym łóżku i w końcu jedna zadaje mi pytanie, czy one dobrze usłyszały, że ja mam dwa raki? Odpowiadam spokojnie, że tak. Wtedy następują wyrzuty sumienia, że to ja pomagałam tym paniom, a nie one. Dwie przyznają się, że są tu tylko na badaniach. Zadają pytanie dlaczego ja jestem taka spokojna, przecież to straszne… i tak dalej… Wtedy opowiadam im o moim Cudownym Bogu i o nadziei, jaką mam w Nim. Zdradzam im też tajemnicę, że kiedy jest mi ciężko, to modlę się pieśnią /i tu im śpiewam „wiem nie zawiedzie mnie Pan Jemu ufać śmiem…”/. Kobiety płaczą, a które mogą podchodzą i ściskają mnie. Następnego dnia dostaję do ręki wypis do domu. Co zatem robić, kolejny raz ich leczenie zawodzi, ale przez głowę przebiega nie myśl o rozmowie z moją siostrą, która kiedyś wspomniała, że nauczyła się przykładać bańki. Nawet je wtedy kupiłam, ale nigdy z nich jeszcze nie korzystaliśmy. Proszę więc męża aby poszukał w internecie jak to trzeba robić, ale on zarzeka się, że nigdy mi tego nie położy, bo by mnie poparzył. Ulega jednak, gdy biorę całkowicie to ryzyko na siebie. Jest poprawa, powoli grypa wycofuje się. W czerwcu idę na tydzień do szpitala na ponowne badania i proponują mi autoprzeszczep szpiku. Mam ogromne opory wewnętrzne, ale nic o tym zabiegu nie wiem, a lekarz uważa to za konieczne. Po 3-ciej rozmowie wyrażam zgodę, mając nadzieję, że znają się, i że zależy mi na tym bym wyzdrowiała. Po latach usłyszę od hematologa, że to i tak nic nie daje, bo nie można wybić komórek macierzystych. Pierwszy etap przechodzę nieźle, ale kiedy wracam na drugi etap, chemia którą mi podano by wybić doszczętne mój szpik, a w jego miejsce podać poprzednio pobrany, ale oczyszczony, sprawia że ten szpik się nie przyjmuje, a ja za to złapałam jakąś bakterię, która powoduje po 14-16 wymiotów i biegunek dziennie, dochodzi jadłowstręt, półpasiec, zamrożony bark i szybko wypisują mnie do domu. Wracam i co widzę? – wychudzonego, zgarbionego, łysiejącego i koloru jasnego murzyna w plamy człowieka. Płacz zalewa mi oczy, choć jeszcze nie wiem, że jestem w krytycznym stanie. Mąż za radą kliniki zawozi wypis i zalecenia do lekarki rodzinnej. Ta przysyła pielęgniarkę i sama odwiedza mnie z wynikami. Mówi o tym, że skontaktowała się z kliniką i onkologiem, bo chce ponowić próbę wzbudzenia szpiku. Zgadzamy się, ale nic to nie dało. Po kolejnych badaniach przychodzi do domu by to nam oznajmić i sama się rozpłakała. Kiedy ja to widzę to mówię do niej, aby się nie martwiła, bo ona ma dla kogo żyć i że jest ludziom potrzebna. A ja mam wspaniałego Boga, który jeśli zechce, to ma moc mnie uzdrowić, bo już tak mi kiedyś uczynił. Opowiedziałam jej wtedy o tym, jak działa On w naszym życiu i że wszystko w Jego ręku. Ten stan zawieszenia między życiem a śmiercią trwa około półtora miesiąca. W końcu przychodzi moment, w którym przekroczona zostaje granica mojej wytrzymałości na ból i z najgłębszej części mojej istoty wydobywa się płacz i wołanie: „proszę, Panie, daj mi choć chwilę odpocznienia od tego bólu, bo już nie mogę”. Kiedy kładziemy się jest godzina 19:00 i oboje zasypiamy na 12 godzin! /do tej pory przez miesiące, godziny nie szło wytrzymać w jednej pozycji, a było to raczej drzemanie niż sen/. Kiedy budzimy się rano z naszych serc wypływa spontaniczna chwała, a w pokoju duchowo wyczuwamy Obecność Naszego Pana. Moje serce zalewa pokój i przeświadczenie, że to jeszcze nie mój czas, że Jego wolą jest abym żyła dalej. Dlatego modlę się: „Panie w takim razie prowadź mnie, bo tylko Ty możesz to uczynić. Ty możesz zadziałać jak chcesz i Ty wiesz jak do mnie przemawiać bym przyjęła Twoją pomoc”. Od tej pory staram się nie lekceważyć żadnej rady, ale wszystko przetestować, nawet gdyby Bóg chciał do tego użyć „osła” /jak u Bileama/. Dowiaduję się od zwykłych ludzi o różnych suplementach, sokach, kolagenie z łapek kurzych, wapnie z jajek, oleju żywokostowym itd. O tym, co jeść, a czego unikać i wszystko to wprowadzam w życie. Dowiaduję się jak odnowić mój szpik, który daje mi hemoglobinę na poziomie 7. Idąc za tą radą dzwonię do siostry Marty z Wisły, czy nie wie jak załatwić kości z baranka lub cielaczka żywionych naturalnie, których szpik może mi pomóc. Oczywiście mówi o znajomym pastorze, który prowadzi ubój takich zwierząt i jest przekonana, że mi pomoże. Porcja tych kości, jaką od niego otrzymałam za zgodą gospodarzy, wystarczyła by odtąd już nie spadła poniżej 12-tki. Wiele takich rad ubłogosławiło mnie przez te wszystkie lata i wdzięczna jestem każdemu, ale oni nawet nie wiedzieli, że byli Bożą odpowiedzią dla mnie. Od lekarki rodzinnej dowiaduję się o oddziale rehabilitacyjnym w gliwickiej onkologii. Dzwonię do nich i dowiaduję się, że muszę mieć skierowanie do onkologa. Jadę więc i żywa staję przed moim lekarzem, który nie umiał ukryć swojego zdziwienia. Ale moją prośbę o skierowanie kategorycznie odrzucił bojąc się, że do reszty mnie połamią. Ja jednak nie ustępuję, bo jeśli mam żyć, to chcę być samodzielna. Do tej pory zamrożony bark nie pozwalał mi samodzielnie wykonywać wielu czynności i powodował dotkliwy ból. Lekarz widząc moją determinację wypisuje, a ja następnego dnia jadę do Gliwic. Tu jednak okazuje się, że w program komputerowy nie pozwala im mnie zarejestrować, bo do tej pory nie byłam ich pacjentką. Wyszłam na korytarz i w sercu modlę się: ”Boże, co mam robić?” Po chwili mam myśl, by udać się do dyrekcji. Co mi szkodzi, idziemy. Przyjmuje mnie jeden z dyrektorów i oznajmia, że przykro mu, ale to tylko dla leczących się w klinice. Patrzę na tego pana i mówię: Dyrektorze, to proszę mi powiedzieć, co ja mam z sobą zrobić? Popatrzył na mnie i kazał czekać na korytarzu. Po prawie dwóch godzinach zaprosił do gabinetu i oznajmił, że mogę tam wrócić, bo ściągnął programistę, a on porobił zmiany. Boże jesteś wielki i prawdziwie otwierasz drzwi zamknięte! Chwała Ci! Radość moja jednak szybko znika gdy dowiaduję się, że na ‘cito’ to najwcześniej za 4 miesiące. Gdy tak rozmawiam z lekarzem, a on mi tłumaczył ilu mają chętnych przechodzi rehabilitantka, która widzi mój stan i słyszy co mówi lekarz. Zatrzymuje się i prosi lekarza, by pozwolił jej skorzystać z jego gabinetu, by mogła pokazać mnie i mężowi pewne ćwiczenia, by zacząć pracować w domu nad tym barkiem. Kiedy usiadłam na kozetce mówię do niej: wie pani, że jest dzisiaj moim aniołem, którego Bóg posłał mi na ratunek? Po roku, na osobności, zdradziła mi co to wtedy dla niej znaczyło, kiedy mąż poniżał ją jak tylko mógł, a była już na skraju załamania nerwowego. To był piątek. W poniedziałek dostaję telefon, by przyjechać następnego dnia na rehabilitację. Nie mogę opisać radości, gdy zobaczyłam, jak Bóg działa. Później dogaduję się, że ta sama pani jest przy rejestratorce, gdy dzwoni pacjentka, że prosi o inny termin rehabilitacji, bo jej córkę zabrano do szpitala, a ona musi się zająć wnukami. To ona poszła prosić lekarza, żeby mnie /wyjątkowo/ przyjąć na to miejsce. Po trzech tygodniach rehabilitacji udało mi się przywrócić zakres ruchomości barków 30%. Ale i tak jestem bardzo zadowolona, bo nie tylko zajęto się moim ramieniem, ale poświęcono mi dużo czasu indywidualnie na pokazanie w miarę bezpiecznych ćwiczeń, które jeśli zechcę mogę robić na swoją odpowiedzialność w domu, by wzmocnić gorset mięśniowy kręgosłupa. Postanawiam nie tylko pracować nad wzmocnieniem moich mięśni przykręgosłupowych, ale udać się ponownie do mojego onkologa po skierowanie na cito do ortopedy by mi sprawdził, dlaczego tego barku nie dało się uruchomić. Kiedy ortopeda zobaczył moje dokumenty kazał od razu zrobić prześwietlenie i barku, i kręgosłupa. Gdy wróciłam do jego gabinetu z ogromną życzliwością powiedział mi, że nastąpiły zrosty na skutek stanu zapalnego i niestety nic się tu nie da zrobić. Może operacja by co nieco poprawiła, ale on mi tego nie proponuje /ma się rozumieć w moim stanie/. Za to wchodzi na drugie zdjęcie i odwracając ekran laptopa pokazuje mi tragiczny stan mojego kręgosłupa.

Natychmiast załatwia na cito wizytę u ordynatora od kręgosłupów. Dosyć szybko wizyta i rezonans magnetyczny. Jednak kolejny raz słyszę, że nie ma dla mnie żadnej nadziei. Jedynie oferuje mi morfinę i gdy następny krąg lub kość się złamie mam wezwać karetkę i poprosić by mnie do nich zawieźli, bo mnie przyjmą. Ale ja wiem, że to nie jest w woli Bożej, bo przecież jaki byłby cel mojego dalszego życia? Umawiam się zatem z Bogiem tak: „Panie mój ukochany, ja będę ćwiczyć i bark i mięśnie, bo tyle mogę ja, a resztą Ty się zajmij, bo tylko Ty możesz odnowić to, co zjadła „szarańcza tej choroby””. Odrzucam każdą myśl, że skazana jestem na taki scenariusz, ale każdego dnia już dziękuję Mu za moje uzdrowienie, bo ja chcę być Jego świadkiem na tym świecie. Zanim zachorowałam, przez długi czas nosiłam w sercu zapytanie „czy zechcę być Jego uczniem?” Pamiętam, że rozważałam to z Biblią i w końcu powiedziałem Panu - tak /oczekując raczej kolejnych prześladowań/, ale nigdy nie myślałam o takich doświadczeniach. Jeszcze wam nie powiedziałam jak w tym samym czasie mój mąż trafił do szpitala i po badaniach usłyszał, że trzeba mu wymienić zastawkę bo za pół roku może chodzić o balkoniku. Kiedy wziął przepustkę z kardiologii i przyszedł mi o tym powiedzieć na onkologię, ja wiedziałam jedno, że nie może tego odkładać /dopóki ja żyję, bo później może się już na to nie zdobyć/. Jednak absolutnie nie wiedziałam jak my sobie w takiej sytuacji poradzimy /mieszkaliśmy na czwartym piętrze bez windy, synowie daleko, a jeść trzeba, na chemię i wizyty lekarskie dojechać trzeba…/. Ufałam jednak że nasz Bóg to wie. Ale i tym razem nie zostaliśmy sami, bo Bóg poruszył serca dwóch katolickich sąsiadów, jeden z naszego bloku, a drugi o kilka bloków dalej, którzy sami dzwonili i interesowali się naszymi potrzebami. Wozili swymi samochodami, poświęcali długie godziny, by czekać na nas pod szpitalami, pomagali w zakupach,… BEZINTERESOWNIE. Kiedy w 2018 roku, za Bożym prowadzeniem, przeprowadzaliśmy się na wieś, to jeden z nich bardzo nam i w tym pomagał. Ale czy mogę wam opisać szczęście, kiedy pomimo doświadczeń, a może właśnie dzięki nim, może człowiek widzieć Boga działającego w ponad naturalny sposób w swoim życiu i przez wasze życie? Kiedy w końcu onkolodzy, ortopedzi i lekarze ogólni oraz inni chorzy pytają o tą tajemnicę, jakim cudem z tego wyszłam? Kiedyś od jednego hematologa usłyszałam, że w takim przypadku żyje się 3 tygodnie do trzech miesięcy, a cudem jest dożyć 2 lata. Inny mi zaś powiedział patrząc na moje wyniki: „w takim razie Bóg jest, a cuda się zdarzają”. Od mojego onkologa, który mnie prowadził od początku kilka razy usłyszałam zapytanie -co pani robi, pani jest jak doktor House.

Pamiętacie, że medycyna się poddała, a ja chodziłam tylko na kontrolę, ale moje wyniki świadczyły o postępującej poprawie. Od lutego 2018 roku, czyli czwarty sezon uprawiam 400 m2 działkę, zbieram plony i zaprawiam do słoików, prowadzę dom, a aktywnością nie ustępuję 66-letnim zdrowym sąsiadkom, pomimo stwierdzonej niewydolności serca po chemiach. Tutaj jeszcze potrzebuję ręki Pana, ale i tak dość dobrze sobie z nią radzę. To nie wszystko jednak za co jestem wdzięczna memu Panu Jezusowi. Słowo Boże mówi, że jesteśmy dziećmi Boga i nic Go tak nie raduje, jak wiara Jemu i w Niego, ale chodzi o wiarę naszego ojca wiary Abrahama, który uwierzył Bogu i to mu poczytano za sprawiedliwość. Opuszczając Ur chaldejskie nie wiedział na co się pisze, ale wolał raczej utracić wszystko co miał, byle tylko nie utracić społeczności z Bogiem, a później mając Boże obietnice, żył tak jakby już je miał, bo oczyma wiary je widział, nie wątpiąc nawet, gdy poddany próbie idzie złożyć swojego syna w ofierze. Dlatego i ja dziękuję Bogu, że do tej wiary i nas prowadzi. Na koniec chcę jeszcze podzielić się z wami odpowiedzią, jaki udzielił mi Pan przez swoje Słowo, gdy pytałam dlaczego darował mi jeszcze życie? Przyszła z Psalmu 41:2-4 /według przykładu Biblii Gdańskiej/ „Błogosławiony, który ma baczenie na potrzebnego; w dzień zły wybawi go Pan. Pan go będzie strzegł, i żywić do będzie; błogosławiony będzie na ziemi, ani go poda na wolę nieprzyjaciół jego. Pan go posili na łożu niemocy jego; wszystko leżenie jego odmieni w chorobie jego”. Pan przypomniał mi lata opieki nad bezdomnym, o których już dawno zapomniałam. Ale przez to Pan powiedział: „chodź ty go zapomniałaś, Ja nie zapomniałem o Mojej obietnicy, bo czuwam nad moim Słowem, by Je wypełnić.” To jest ten fundament, który się nie poruszy, bez względu na wszystko, co przyjdzie. Wspaniałą lekcją jest dla nas odpowiedź Jezusa w czasie kuszenia, gdy mówił szatanowi: „a ja ci mówię- napisano…” Wiara w to, co powiedział Bóg i w Jego charakter, który zawsze współdziała z nami ku dobremu, daje nam nadzieję, którą nigdy nie zawodzi. To mnie utwierdza jeszcze w jednym – że Bóg nie ma względu na osoby, ale działa ze względu na Swoje Imię, aby nie było zbezczeszczone, ale aby objawić Swoją Chwałę i aby pociągnąć innych, którzy szukają nie religii, ale prawdziwego żywego Boga. Może dziś, może jutro przyjdzie ten ostatni nasz dzień – nikt tego nie wie, ale ja dziękuję za każdy darowany nam czas i może to ostatnie chwile by przed Wami oddać Bogu chwałę i zaświadczyć, że żyje Pan, błogosławiona Skała moja, jedyna Nadzieja zbawienia naszego.

Spisane ku Bożej chwale 14 października 2021.

1,031 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie